ZIELONO MI TU

WITAJCIE SERDECZNIE NA MOIM BLOGU ZIELONO MI TU

środa, 23 stycznia 2013

Metamorfoza ogrodu - krok po kroku

W ostatnim poście pisałam o tym, jak stałam się ogrodniczką i projektantką w jednej osobie, a w tym chciałabym Wam przedstawić historię naszego ogrodu, który powstał dzięki naszej wieloletniej, samodzielnej pracy.
Trwało to tak długo głównie ze względów finansowych, gdyż tego typu ogród, to ogromna inwestycja, a my nie chcieliśmy iść w kwestii ogrodu na żaden kompromis. Przecież realizowałam swoje największe marzenie.

Widzieliście już w poprzednim poście (link poniżej), jak wyglądała nasza działka w dziewiczym stanie, zanim rozpoczęliśmy pracę nad stworzeniem w tym miejscu ogrodu.

 http://zielonomitu.blogspot.com/2013/01/mam-zielone-pojecie-czyli-jak-staam-sie.html

Jak patrzę na tamte zdjęcia, to stwierdzam, że nawet wtedy miała swój urok.
To, co Wam teraz pokażę, niektórych wprawi w osłupienie, ale od początku wiedziałam, co robię i jaki efekt chcę osiągnąć.
Na początku było, jak w piosence braci Golec "tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco":-)

Po wjechaniu na działkę ciężkiego sprzętu, przestała przypominać sielską i malowniczą. Totalna demolka. Ale to było konieczne... Czasem tak jest, aby było ładnie, najpierw musi być brzydko:-)







Poniżej jedyny fragment działki, na którym można było bezpiecznie postawić dom. Wykonaliśmy badania geologiczne gruntu jeszcze przed zakupem działki. A jak wszystkie formalności związane z podziałem, zakupem działki, uzyskaniem warunków zabudowy oraz pozwolenia na budowę domu, zostały dopełnione, mogliśmy przystąpić do prac. Rozpoczęliśmy od niwelacji terenu. Poniżej pokazana jest górna część działki, wraz ze skarpą przylegającą do domu sąsiada.

kliknij na zdjęcie, aby obejrzeć całą galerię w powiększeniu



Od samego początku uważaliśmy, że to trudne ukształtowanie terenu to wielki atut tej działki. Postanowiliśmy je wykorzystać. Staraliśmy się dopasować projekt domu do działki  i zaaranżować ogród w taki sposób, aby po zakończeniu prac przywrócić temu miejscu równowagę biologiczną. Ale było to niezwykle trudne.
Najpierw wyrównaliśmy  górną część terenu, pozostawiliśmy skarpę, która dzieliła działkę na 2 poziomy o różnicy kilku metrów. Następnie oczyściliśmy staw z sitowia, usunęliśmy wszystkie chwasty. Wywieźliśmy kilkadziesiąt ogromnych ciężarówek ciężkiej gliny z tymi wszystkimi "bażołami", które tam rosły oraz śmieci, które ujawniliśmy  w trakcie niwelacji terenu. Sąsiedzi z okolicznych domów przez lata wyrzucali w rejonach stawu śmieci z pieców węglowych. Musieliśmy praktycznie w całej tej dolnej części działki wymienić podłoże i na nowo ukształtować teren wokół stawu.
Po oczyszczeniu terenu, okazało się, że faktycznie wody to jest jak na lekarstwo, zastaliśmy natomiast duże bagno. Zasypaliśmy część bagna ziemią z niwelacji, wymieszaną z kamieniami,  które musieliśmy ściągnąć z kamieniołomu. Zależało nam na odzyskaniu części terenu pod przyszły ogród, a staw został zmniejszony do naszych potrzeb. Nadaliśmy mu  kształt mniej więcej zbliżony do docelowego. Po oczyszczeniu i pogłębieniu stawu, woda zaczęła znów spływać. Odkryliśmy, że znajdują się tam 3 naturalne, podskórne źródła wody.






Na górnej części działki rozpoczęliśmy prace fundamentowe pod budowę domu. Po wykonaniu wykopów krajobraz wyglądał niczym jak na Marsie:-)



Po wykopach pod fundamenty znowu powstały całe góry ziemi, która na szczęście częściowo nadawała się do wykorzystania do kształtowania terenu pod ogród. Resztę znów musieliśmy wywieść.



Pozostawiliśmy w tym stanie działkę na zimę, żeby ziemia po niwelacji osiadła.


W marcu 2006 r. działka wyglądała tak, jak poniżej.


Na przełomie 2005/2006 r. była długa i bardzo śnieżna zima.
W marcu 2006 r. działka wyglądała już tak. Topniejący śnieg spowodował, że z 3 stawów (mój jest w środku), zrobił się niemalże jeden.Byliśmy załamani. Musieliśmy wzywać strażaków i pompować tę wodę, która zalała cały teren wokół stawu. Na szczęście fundament był bezpieczny, bo ta część znajduje się kilka metrów wyżej.






Po osuszeniu terenu w kwietniu 2006 r. było już tak. Bagno, w niektórych miejscach, jak to poniżej, nie dało postawić się nogi. Po prostu grzęzło się po kolana. A więc porażka. I jak tu jakikolwiek ogród zakładać? Mieliśmy niezłą zagwozdkę.






W maju 2006 r. przystąpiliśmy do dalszej budowy domu. Jesienią 2005 r. udało się postawić tylko fundamenty. Tak wyglądała skarpa od strony sąsiada.


A tak z drugiej strony, w granicy z drugim nowym sąsiadem, u którego też rozpoczęła się w tym samym czasie budowa domu.


Tutaj pokazuję dolną część działki, która dziś stanowi zasadniczą część ogrodu. Tak wyglądała w 2006r.






Kolejny etap prac.... ponownie wymagał użycia ciężkiego sprzętu. Musieliśmy poczekać, aż grunt wyschnie. Niestety wraz z wiosną z  ziemi wyszły nowe chwasty, staw również zazielenił się od rdestnicy .





A potem znów nawieźliśmy kamienia i utwardzaliśmy powierzchnię, zwłaszcza tam, gdzie było bagienko. I zmniejszyliśmy przy okazji powierzchnię stawu do rozmiarów ok. 9/11 m. Dzięki temu zyskaliśmy dodatkową powierzchnię użytkową na ogród z prawej strony. Wcześniej woda sięgała niemalże granicy sąsiada, dzieląc działki wąską groblą (po prawej).



A tu mury pną się do góry. Oj, działo się to niesamowicie szybko.Skarpa od strony sąsiada została zabezpieczona żelbetowym zbrojonym murem.



 A tu już dom do piętra postawiony i widać uformowaną skarpę.



Od strony drugiego sąsiada, czyli od garażu.


 A tu prawie panorama .


No i spojrzenie na przygotowany teren. Pytanie przygotowany na co? No bo przecież na tej ziemi z wykopów to tylko chwasty chętnie rosły. Trudno to było nazwać w ogóle ziemią, sama glina wymieszana z iłami i kamienie. Trudno sobie wyobrazić, że w tym miejscu powstanie kiedyś ogród.Prawda? Przy palącym słońcu ziemia wysychała na wiór, a po deszczu mieliśmy tłuste, lepiące się do wszystkiego błoto.


Na szczęście różnica poziomów pozwalała na podniesienie terenu wokół stawu o co najmniej 50 cm. Pomyśleliśmy wówczas o nawiezieniu żyznej ziemi. Ale to był tak ogromny koszt, że musieliśmy to zadanie podzielić na wiele miesięcy.
Pozostawał też problem zaprojektowania ogrodu. Miałam już  pomysł w głowie, od momentu, jak zobaczyłam tę niezwykłą działkę. Trzeba było go przenieść na papier, żeby mój mąż oraz firma brukarska, która później wykonywała dalsze prace przy budowie małej architektury (taras, obrzeża, schody, murki itd.) wiedziała, co ma robić.

Z uwagi na fakt, że zamieszkaliśmy tymczasowo w wynajętym mieszkaniu, priorytetem stała się budowa domu. Tak więc do kolejnych prac przystąpiliśmy dopiero na wiosnę 2007 r.
Dom w stanie surowym zamkniętym, do którego się wprowadziliśmy na początku sierpnia 2007 r. wyglądał tak.





Mój pracowity jak mróweczka mąż, sam kopał dół pod fundament  murka, który miał okalać taras po łuku.



Jak widać powyżej, mój sąsiad zdążył już zagospodarować swoją działkę, tak więc przynajmniej widok z okna tarasowego mieliśmy już ładny.



Natomiast na naszej działce (zdjęcie poniżej) usypaliśmy niewielką skarpę pod budowę przyszłej kaskady wodnej, która miała wprowadzić ruch w stawie.



Posadziliśmy też żywopłot z tuj - odmiana 'Kórnik IV'. Nie przepadam za tujami, ale chcieliśmy uzyskać gęsty, zwarty żywopłot, który nie zabiera zbyt dużo miejsca i będzie zimozielony. Dzięki temu dziś będąc w ogrodzie,możemy cieszyć się prywatnością.
To były takie pierwsze kroki, gdy z pustego klepiska teren zaczął powoli, mozolnie przeobrażać się w coś na kształt ogrodu.


Etapami ściągaliśmy żyzną ziemię.


Usypywaliśmy ręcznie pierwsze rabaty, ale bez ostatecznego kształtu. 

Tak wyglądał teren wokół domu w maju  2008 r., kiedy zaczęliśmy tynkować elewację domu. Już wtedy tam mieszkaliśmy, więc to był chyba najtrudniejszy dla nas okres w trakcie całego przedsięwzięcia. Działka mimo wielu nasadzeń, wcale nie przypominała ogrodu, o jakim marzyłam. Chwasty wciąż nie dawały za wygraną, przypominało to "walkę z wiatrakami":-)






Aby w jakiś sposób ułatwić sobie funkcjonowanie praktycznie na budowie, zabraliśmy się w pierwszej kolejności za budowę tarasu i zagospodarowanie terenu wokół domu.Część brukarską wykonała wg mojego projektu zaprzyjaźniona firma:-)





Pojawiły się pierwsze większe nasadzenia.Co roku systematycznie kupowałam nowe rośliny do ogrodu, ale nie wszystkie z nich sadziłam w miejscach docelowych, tylko stworzyłam coś w rodzaju przechowalni. Niektóre rośliny pozostały w donicach do momentu, aż zakończyliśmy etap nawożenia żyznej ziemi na cały teren. Dopiero potem przenosiłam je we właściwe miejsce. Niektóre zaś, tworzące szkielet ogrodu, jak większe drzewa, krzewy i  trawy, zostały od razu posadzone w docelowych miejscach i pozostają w nich do dziś.

Latem 2009 r. zabraliśmy się w końcu za budowę kaskady. Nie traktujcie tego, jak instruktaż. Powiedzmy, że to rozwiązanie nie jest do końca zgodne ze sztuką, ale sprawdziło się. I w dodatku zrobiliśmy to całkowicie samodzielnie tymi łapkami:-)
Na usypanej wcześniej kaskadowej skarpie położyliśmy folię EPDM, następnie grubo tkaną siatkę, aby zabezpieczyć folię przed uszkodzeniem ostrymi krawędziami kamieni.


I tutaj toczymy i układamy ciężkie bryły łupka serycytowego. Jak widać w ogrodzie pojawiła się drewniana altana.


Na boki i tył wzniesienia, na którym powstała kaskada ułożyliśmy tymczasowo agrotkaninę, aby do czasu zakończenia aranżacji z kamieni wokół kaskady , nie wyrosły kolejne nowe chwasty.












 I kaskada częściowo wykonana.


A tak wyglądały z bliska pierwsze rabaty bylinowe, które w prawie niezmienionej formie zostały do dziś. Tylko kilka roślin tam posadzonych zmieniło miejsce.






Rabata poniżej stanowiła w czasie budowy ogrodu rodzaj przechowalni.


Tutaj moi panowie w trakcie pracy przy kształtowaniu podbudowy pod ścieżkę. Zgrany duet, ręka w rękę:-)


Wczesną wiosną 2010 r. zabraliśmy się za kolejny etap - skarpę i schody przy domu.
Wykonaliśmy odwodnienia.








W dotychczasowej relacji widać jakiś tam postęp, ale wyobraźcie sobie, że to trwało blisko 6 lat, a ostatnie 5 już tam mieszkaliśmy i codziennie patrzyliśmy na ten marsowy krajobraz. Nie było dnia, żebyśmy nie wykonywali jakichś drobnych prac (poza brukarskimi), a każdy wolny weekend pchaliśmy temat z mozołem do przodu. 

Latem 2010 r.  poczyniliśmy dalsze kroki do celu. Zaczyna się powoli coś wykluwać z tego "brzydkiego kaczątka".









 W 2011 r. zrobiliśmy już prawie większość grubszych prac. Zostało nam tylko ułożenie trawnika, ale dopóki zwoziliśmy kamienie do obudowy stawu, to nie mogliśmy tego zrobić. Każdy kamień został przyniesiony tutaj ręcznie, na taczce. Baliśmy się, że ciężki sprzęt zniszczy nam kostkę na podjeździe. I tu jest przykład typowego błędu logistycznego.  To był prawdziwy poligon doświadczalny. Nie udało się uniknąć kilku błędów, ale dzięki temu dużo się nauczyłam i dowiedziałam o sobie. 




Nie mam uchwyconego na zdjęciach momentu, w którym staw został odpompowany praktycznie do zera. Dno zostało wyczyszczone, położyliśmy żwir i piasek, brzegi ręcznie wyprofilowaliśmy, tworząc coś w rodzaju 3 półek. Staw jest praktycznie nieprzepuszczalny, bo podłoże jest gliniaste. Jedyny problem to parowanie wody w upalne dni, wtedy poziom drastycznie spada i trzeba czekać aż się sam wyrówna. Z nadmiarem wody też sobie poradziliśmy, ponieważ został wykonany przelew.
Brzegi stawu najpierw zostały wzmocnione zwykłym niesortowanym kamieniem, głównie granitowym. Następnie przyszedł piasek, dalej agrotkanina, żeby chwasty nie przerastały i na koniec folia, ale tylko na brzegi. Nie było sensu kłaść folii na całość, ponieważ staw jest naturalny i ma 3 podskórne źródła. Na sam koniec położyliśmy ozdobne otoczaki w różnych frakcjach, a szczeliny pomiędzy nimi zostały wypełnione żwirem.








I nadszedł rok 2012, kiedy po niezwykle ciężkich 6 latach, doszliśmy do szczęśliwego finału.

Wiosna 2012 r.  powitała nas już takimi widoczkami. Azalie w pączkach:-)


Odwiedziły nas znajome kaczki:-) Ukryły się pod magnolią, która cudownie zakwitła.
To chyba ta sama para, która pojawia się u nas na wiosnę co roku.







A latem w lipcu, kiedy trawnik był już gotowy, wyglądało już tak. Można było w końcu przejść bosą stopą, położyć się na trawniku i powiedzieć: " Nie wierzę, że to jest naprawdę. Skończyliśmy".








Zostały oczywiście jakieś tam drobne poprawki, brakuje jeszcze paru smaczków, ale nauczyłam się cierpliwie czekać na wszystko. To znacznie bardziej cieszy, jak rodzi się w bólach, powoli... Można delektować się każdym małym postępem. 

Jesienią 2012 r. ogród gotowy w 98 % prezentował się tak:-)



Zdarzył się jeszcze jeden cud. W październiku w naszym ogrodzie pod modrzewiem, między jałowcami procumbens 'Nana' wyrosły maślaki:-) Prawdopodobnie grzybnia dostała się tutaj wraz z korą:-)
Niesamowite:-) Tego się nie spodziewałam:-) Teraz maślaki zaprawione w słoikach stoją na półkach mojej spiżarni.






Zapraszam serdecznie do obejrzenia aktualnej wizytówki mojego ogrodu w różnych odsłonach:

 Najbardziej aktualna tutaj: 

http://zielonomitu.blogspot.com/2015/07/zapach-lata-utrwalony-w-kadrze.html


A tutaj pozostałe wizytówki:

http://zielonomitu.blogspot.com/2014/04/wiosenna-wizytowka-mojego-ogrodu.html

http://zielonomitu.blogspot.com/2013/05/wiosna-ach-to-ty.html


http://zielonomitu.blogspot.com/2013/11/wspomnienie-lata-w-moim-ogrodzie.html


http://zielonomitu.blogspot.com/2013/10/otowidzisz-znowu-idzie-jesien.html


http://zielonomitu.blogspot.com/2013/02/czarno-biao-kontra-wiosna-na-parapecie.html


Teraz każdej zimy nie mogę doczekać się wiosny:-) Czekam z radością na każdy nowy sezon.
Zbieram energię, bo w ogrodach zawsze jest coś do zrobienia:-)
To żywy organizm,który ciągle się rozwija.

Często odwiedzający mnie znajomi dostrzegając kolejne zmiany w ogrodzie, pytają mnie, czy mój ogród jest już skończony. Moja odpowiedź brzmi: " Oczywiście, że nie....Ogród ogrodnika nigdy nie jest skończony".
Ciągle coś w nim udoskonalam i wcielam nowe pomysły w życie. Ciągle jestem jeszcze "przed", co mnie ogromnie cieszy, bo to mnie ciągle rozwija i uczy czegoś nowego.


Pozdrawiam serdecznie odwiedzających i dziękuję za miłe wpisy.



20 komentarzy:

  1. Można by się załamać patrząc na te niektóre zdjęcia...
    Jak posiadanie WIZJI może być motorem TAKICH zmian...
    Gratuluję i podziwiam...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze nie zdążyłam pierwszego ogrodowego postu skomentować a Ty już gonisz z następnym :D
    Myślę podobnie jak Ania.... niektóre zdjęcia załamują ;) Ale jak potem człowiek siedzi i ogląda ile mu się udało zrobić własnymi ręcami to napawa dumą :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosia, korzystam z okazji, że akurat mam nogę skręconą i nic innego za bardzo nie mogę robić, więc wykorzystuję czas wolny, bo potem jak wrócę do normalnego rytmu dnia, nie byłabym w stanie tego zrobić. Zbierałam się z tym od miesięcy, więc jak pojawiła się okazja, to ją wykorzystuję na maksa:-)

      I dziękuję:-)

      Usuń
  3. wow jak pięknie wszystko pokazałaś krok po kroczku :) Zmiany są olśniewające...Gdyby tak ktoś na początku drogi powiedział ile trzeba będzie zrobić , ile czekać... nie chciałoby się wierzyć. A jednak determinacja, chęci, ciężka praca i efekt jest niesamowity !!!
    buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie ujęłaś sedno. Gdybyśmy na początku drogi wiedzieli, co nas czeka, z jakimi problemami trzeba będzie się zmierzyć, to podejrzewam, że przynajmniej mojego męża mogłoby to mocno zniechęcić. Ja lubię takie wyzwania. I jestem zawzięta. Jak mam cel, w który wierzę, to trudno mnie zniechęcić:-) To zarówno wada, jak i zaleta, bo czasem, jak sobie coś wymyślę, to strach pytać:-)
      Pozdrawiam ciepło Di:-)

      Usuń
  4. Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco. Nie sądziłam, że można COŚ TAKIEGO zrobić samemu. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Moja walka z perzem wydaje mi się przy Waszym wyczynie pestką. Twój blog faktycznie zaskakuje i ciągle porusza tematy mi bliskie. Właściwie każdy wpis mogłabym komentować. Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz bardzo gratuluję ogrodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję:-) Cieszę się, że odnajdujesz w moim blogu interesujące Cię tematy. Jak masz jakieś pytania do któregokolwiek postu, to służę:-) Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  5. A ja mam to szczęście i...widziałam to na własne oczęta ;)
    Na żywo robi jeszcze większe wrażenie !!!
    Uśmiałam się...pokazałam synowi te zdjęcia...a on:
    To oni nową chałpę budują...???

    OdpowiedzUsuń
  6. Taak, w innym wcieleniu:-) Pewnie byłaby mniejsza i bardziej funkcjonalna i tańsza w użytkowaniu:-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeczytałam jednym tchem. To czego dokonałaś pokazuje, że jeśli czegoś naprawdę się pragnie i robi się wszystko by to osiągnąć to nic nie stanie na przeszkodzie w realizacji marzeń. Drugą stroną jest to, że niektórzy tylko marzą i zapominają, że do realizacji marzeń trzeba dołączyć masą pracy, wyrzeczeń, zmęczenia, czasem zniechęcenia i ogromne pokłady cierpliwości. Jesteś wzorem do naśladowania i dla mnie osobistym "motywatorem" :) podziwiam i gratuluję! ogród jest przepiękny, a najpiękniejsze jest dla mnie to, że wykonany samodzielnie. Nie sztuką jest zatrudnić projektantów ogrodu i wykonawców, ale Ty już sama wiesz jak wielka z tych samodzielnych wysiłków jest satysfakcja :):):)
    pozdrawiam A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za tak pochlebną opinię. To daje wielką satysfakcję. Pozdrawiam serdecznie:-)

      Usuń
  8. przespacerowalam się z ochotą po tych zmianach, podnosi na duchu i widac ile pracy włożone, każde ręce się przydały. Gratuluję kokoszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Gosiu. Tobie też się uda.Masz ten sam gen, co ja:-) Pozdrawiam serdecznie:-)

      Usuń
  9. Obejrzałam i przeczytałam całość kilka razy i jestem pełna podziwu, a jednocześnie mam nadzieje, ze i u nas efekt końcowy będzie pozytywny. Widząc pierwsze i ostatnie zdjęcia nie powiedziałbym, ze z pierwszego miejsca może powstać tak piękny ogród. Gratuluje pomysłu, samozaparcia i determinacji. Mam nadzieje, że na wiosnę wprosimy sie do Ciebie, żeby zobaczyć to wszystko na własne oczy :) Podziwiam i trochę zazdroszczę, bo sama nie mogę doczekać się momentu, kiedy zacznę cieszyć się swoim ogrodem :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Witaj Gosiu, cieszę się , że przyjęłaś moje zaproszenie. Z tego, co się zorientowałam, to złapałaś już ogrodowego bakcyla, więc na pewno i u Ciebie powstanie wspaniały ogród. Zapraszam wiosną do odwiedzenia mojego ogrodu na żywo. Będę dzielić niektóre rośliny, więc warto:-)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Z czasem czlowiek zapomina jak to bylo na poczatku a tutaj jest wszystko!!!!
    Czesto mam wrazenie ,ze sami nie jestesmy swiadomi tego jak wiele pofrafimy wytrzymac, zniesc, sprawic, zrobic ale gdy tylko jest motywacja wszystko staje sie mozliwe i to jest tego dowod!!!
    Ogladam kilka razy i wciaz nie moge sie nadziwic, jestescie cudotworcami, pracowitymi cudotworcam i calkowicie zaslugujacymi na to co macie i jeszcze wiecej :)!!!!
    Zastanawiam sie co jest gorsze remont , zmainy czegos starego czy budowa nowego...to bez znaczenia o przy jednym i drugim potrzeba jest chec i ciezka praca.
    Gratuluje raz jeszcze Wam wszystkim!!!!!!
    Brawo, brawo, brawo!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Betysiu kochana:-) Dawno Cię nie było. Miło mi, że pamiętasz o ogrodowej koleżance. Dziękuję za to cudowne podsumowanie. Lepiej bym tego nie ujęła.

      Bardzo, bardzo Ci dziękuję za te ciepłe słowa.
      Pozdrawiam serdecznie:-)

      Usuń
  12. Genialny wpis z metamorfozy ;) Widać, że włożyliście dużo pracy i $$$ w ogród ale jest prze piękny. Ja mam zdecydowanie mniejszy i dysponuję mniejszymi środkami na jego "wykończenie" bo od roku jest goła trawa. Postanowiłem poszukać wykonawcy przeróbki ogrodu na http://oferia.pl/zlecenia/instalacje-i-naprawy/ekologiczne oraz ogłaszając się na forum muratora. Jak narazie nie ma chętnych ;/

    OdpowiedzUsuń
  13. Metamorfoza rzeczywiście robi wrażenie :D W moim miasteczku jest teraz szał na pergole arkadowe. Wszyscy je umieszczają w swoich ogrodach :D

    OdpowiedzUsuń