ZIELONO MI TU

WITAJCIE SERDECZNIE NA MOIM BLOGU ZIELONO MI TU

wtorek, 22 stycznia 2013

Mam zielone pojęcie-czyli, jak stałam się OGRODNICZKĄ.

Dziś rozpoczynam bardzo osobisty i bardzo ważny dla mnie wątek. Przedstawię Wam historię mojej drogi do własnego ogrodu, czyli jak stałam się ogrodniczką i jaką niezwykłą metamorfozę przeszła moja działka od chwili jej zakupu.




              Tak jak pisałam wielokrotnie moją wielką pasją jest ogrodnictwo i wszystko, co jest związane z szeroko pojętą dziedziną architektury krajobrazu.

Interesuję się tym już prawie 13 lat, a więc zanim stałam się posiadaczką własnego ogrodu.
Moja historia jest dość banalna i pewnie znacie takich wiele.Ja sama, dzięki obecności na "Ogrodowisku" poznałam mnóstwo takich historii:-) i wspaniałych ludzi, pełnych pasji, nie tylko ogrodowych:-)

             Ta miłość do roślin i do grzebania w ziemi nie pojawiła się u mnie przypadkowo.
Zanim moi rodzice przeprowadzili się do ciasnego M3 na jednym ze śląskich blokowisk, mieszkaliśmy z Dziadkami w pięknej, starej przedwojennej willi na skraju Parku  Redena w Chorzowie, tuż obok Chorzowskiego Parku Kultury i Wypoczynku. Przy domu Dziadkowie uprawiali swój niewielki ogród.

Od małego towarzyszyłam dziadkom w pracach w ogrodzie. Często chodziliśmy z moim Dziadkiem, który był już na emeryturze, do pobliskiego parku, gdzie opowiadał mi o roślinach. Wpoił mi to zamiłowanie do przyrody,dlatego kontakt z naturą od zawsze był dla mnie ważny.

Co roku jeździliśmy też na wieś do rodziny w okolicach Tarnowskich Gór, gdzie również trudno mnie było wyciągnąć z ogrodu, zwłaszcza z warzywnika i sadu.
To były cudowne, beztroskie chwile dzieciństwa, które ukształtowały mnie, jako osobę bardzo wrażliwą na piękno otaczającego nas świata.

Mieszkam na Śląsku od urodzenia.  Mimo stereotypowej opinii o naszym regionie, staram się promować przede wszystkim te zielone strony życia tutaj. Tym bardziej, że od czasów mojego dzieciństwa tak wiele zmieniło się w tej kwestii. Ci, którzy tu mieszkają lub przyjeżdżają na Śląsk, mogą dziś stwierdzić, że terenów zielonych na Śląsku naprawdę nie brakuje.

Od zawsze marzyłam o tym, żeby mieć własny ogród, ale przez długie lata nie było to po prostu możliwe. Ponad 13 lat temu udało nam się kupić swoje pierwsze wspólne mieszkanie z dość dużym, jak na blokowe warunki  tarasem (ok. 11 m2) i tam tak na prawdę stawiałam pierwsze samodzielne kroki, jako ogrodnik.
Nazwa ulicy nie bez powodu nazywała się Ogrodowa:-), to było przeznaczenie:-)
Na rynku księgarskim zaczęły pojawiać się pierwsze kolorowe czasopisma o tematyce ogrodowej oraz  pięknie wydane albumy poświęcone roślinom i ich uprawie oraz pielęgnacji, a także projektowaniu ogrodów. Miałam więc skąd czerpać fachową wiedzę. Temat ten bardzo mocno mną zawładnął i z czasem stał się moją pasją.

Stałam wtedy przed dylematem, jak urządzić ten całkiem spory taras, aby nie zamienił się, jak to często bywało w blokach, w miejsce przeznaczone do suszenia prania czy przechowywanie zbędnych sprzętów, które nie mieszczą się już w piwnicy.
Chciałam stworzyć tam dodatkową przestrzeń mieszkalną, nasz zielony letni salon. Znalazłam wówczas ogromne drewniane skrzynie, które samodzielnie pomalowałam, wypełniłam specjalną folią EPDM i ziemią, w której posadziłam miniaturowe iglaki. Po bokach umieściłam drewniane pergole, na których rosły pnącza clematisa.  Nie zabrakło też sezonowych kwiatów w donicach.

 kliknij na zdjęcie, aby obejrzeć całą galerię w powiększeniu


Ogarnęło mnie zielone szaleństwo. Zaczęłam śledzić, co dzieje się w tej branży.
Czytałam wszystko, co było dostępne na temat ogrodów. Miałam nawet taki szalony pomysł, żeby zmienić swój zawód i pracę. W tym celu zapisałam się na kilkumiesięczny kurs projektowania ogrodów, organizowany przez firmę ART&DECOR w Warszawie, który ukończyłam z sukcesem w 2002 r, uzyskując tytuł projektanta ogrodów.
Pamiętam, jak wytrwale jeździłam 2 razy w m-cu do Warszawy na weekend i tam zdobywałam niezbędną wiedzę. Tak naprawdę to szkolenie dało mi pewne podstawy i ukierunkowało na właściwe tory, a doświadczenie ogrodowe przyszło z czasem, zwłaszcza jak zajęłam się własnym ogrodem,ale o tym później.
Aby poznać rośliny z bliska i przyjrzeć się nowościom zaczęłam odwiedzać szkółki roślin rozsiane wokół Bielska Białej i Ustronia. Moimi ulubionymi stały się na długie lata szkółka Państwa Kapias w Goczałkowicach oraz szkółki w Pisarzowicach.



Zaczęłam jeździć również na wystawy ogrodnicze, m.in. Wystawę Kwiatów w WPKIW w Chorzowie , Zieleń To Życie w Warszawie, Gardenia w Poznaniu itd.

Tutaj podczas Zieleń to Życie w Warszawie w 2003 r.


Odwiedzaliśmy też ogrody botaniczne, np. w Powsinie.  Tutaj wrzesień 2004 r.



Ale cóż, jak ja się mogłam wyżyć na skrawku betonu (czyli na balkonie)? Dlatego potem przeniosłam swoją aktywność na teren przed blokiem, gdzie jak to często bywało na nowo powstałych osiedlach, kompletnie brakowało zieleni, a spółdzielnia nie spieszyła się z zagospodarowaniem terenu osiedla.
Przekonałam kilku sąsiadów, którzy również zaangażowali się w sadzenie pierwszych roślin, ale muszę przyznać po latach, że wybór roślin był wówczas dość przypadkowy i dziś zrobiłabym to zupełnie inaczej. Nie mam niestety zbyt wielu zdjęć cyfrowych z tego okresu, bo nie miałam wtedy jeszcze cyfrówki.




Na szczęście nie byłam w tej zielonej pasji odosobniona. W 2002 r. poznałam wspaniałych ludzi, którzy bardzo wpłynęli na dalszy ciąg wydarzeń w moim życiu. Budowali piękny dom na ogromnej widokowej działce w dzielnicy, w której teraz mieszkam, a zawodowo zajmowali się m. in. brukarstwem.
Często ich odwiedzaliśmy, organizując od wiosny do jesieni wspólne grillowanie, pikniki, a zimą kuligi.
Przyjeżdżając tam zatęskniłam za tą przestrzenią i swobodą , którą daje posiadanie własnego domu, a przede wszystkim ogrodu. Wtedy pojawiły się w mojej głowie jakieś pierwsze nieśmiałe plany, żeby poszukać gdzieś działki pod budowę domu. To nie było marzenie wspólne, bo mąż całe życie wychowany w blokowisku nie czuł potrzeby większej przestrzeni, a dom kojarzył mu się z ciężarem i wiecznymi obowiązkami .
A ja z kolei staram się swoje marzenia przeobrażać w cele, dlatego od marzeń przystąpiłam do czynów. Mając tam jakieś swoje oszczędności zaczęłam śledzić rynek nieruchomości z nadzieją, że pewnego dnia trafię na działkę, która spełni wszystkie moje kryteria. Wtedy ceny nieruchomości były jeszcze dość niskie.

Nie raz będąc gościem u naszych znajomych, chodziłam z koleżanką na spacery po okolicy. Któregoś dnia wracając ze spaceru usiadłyśmy na pewnej skarpie, rozejrzałam się marzycielsko dookoła i tak sobie głośno powiedziałam: "Boże, jak tu pięknie, tak sielsko, spokojnie i cicho, a to przecież krok od centrum miasta. Mogłabym tu zamieszkać".




Koleżanka rzuciła całkiem niezobowiązująco, że da mi znać, jak ta działka będzie do sprzedania. Powiedziałam "OK", nie wiedząc, że rzucam losowi rękawicę.
Rok później dzwoni do mnie owa koleżanka i mówi, że słyszała, że gość, który chciał budować tu niedaleko osiedle, ma jakieś problemy finansowe i chce sprzedać ten teren. I chyba na nim leży właśnie ta działka, o której kiedyś rozmawiałyśmy. Koleżanka zdobyła natychmiast nr telefonu do tego gościa, ale on w ogóle nie chciał rozmawiać bezpośrednio z klientami, bo ponoć złożył ofertę do biura nieruchomości i że w ogóle już jest za późno. Nie zniechęciło mnie to, postanowiłam sprawdzić tę informację.
Pracując wówczas w jednym z bytomskich banków doskonale znałam lokalne biura nieruchomości i postanowiłam je wszystkie po kolei obdzwonić [to nie była jeszcze era powszechnie dostępnego internetu:-) ].
Szczęśliwym trafem od razu zadzwoniłam do właściwego biura i dowiedziałam się tam wszelkich szczegółów. Postanowiłam działać bez zwłoki. Umówiłam się z pośrednikiem i pojechaliśmy na miejsce, aby mógł mi pokazać tę nieruchomość. Z opisu wyglądało, że chodzi dokładnie o to miejsce i osoba sprzedającego też ta sama.
Sprawa okazała się dość skomplikowana, bo działka była bardzo duża, tylko z wstępnym  podziałem, bez warunków zabudowy. Sprzedający chciał sprzedać całość, więc warunkiem powodzenia było znalezienie wystarczającej ilości chętnych i dokonanie formalnego podziału. Miał też nadzieję, że to on będzie budował domy na działkach, które sprzeda. Sprawy jednak wymknęły mu się spod kontroli i skończyło się na tym, że jedynie sprzedał teren.
Jak się okazało z szybkim znalezieniem nabywców tych kilku działek, nie było najmniejszych problemów. Byłam jedną z pierwszych osób, które się zgłosiły, tak więc mogłam wybierać, którą działkę chcę kupić. Ale jak zobaczyłam, że ta działka, o której marzyłam, jest właśnie do sprzedaży, to bez wahania podjęłam decyzję. Ta i żadna inna. To była przecież miłość od pierwszego spojrzenia:-) Tylko jak powiedzieć o tym mężowi?
A że powszechnie w rodzinie wiadomo, że ja i łysemu grzebień sprzedam, to udało mi się nakłonić opornego męża:-)
Czytający to mężczyźni słusznie stwierdzą, że kobiety to podstępne i nieprzewidywalne istoty:-)

Pod pretekstem wycieczki rowerowej wybraliśmy się najbliższej soboty w okolicę owej działki.Niby tak przypadkiem. Jeździliśmy dosyć długo po okolicznych lasach oraz polach i wracając zaproponowałam małą przerwę. Na owej działce:-) Tak siedliśmy na wspomnianej wcześniej skarpie, w miejscu gdzie dziś stoi nasz dom.



Dzieci szczęśliwe biegały dookoła, goniły motyle.
I tak zapytałam nieśmiało, czy tej mojej lepszej połowie tu się podoba:-) A że on człowiek wrażliwy na piękno przyrody, mimo że technicznie kształcony, stwierdził uprzejmie, że jest pięknie.
No to ja przystąpiłam do szturmu:" No wiesz kochanie, bo tutaj taki pan chce sprzedać ten teren, w naprawdę okazyjnej cenie i ta działka, na której właśnie siedzimy, jest do kupienia,no,no.... i że.... ja ją już..... zarezerwowałam dla nas:-)
Mój mąż osłupiał i mnie się pyta, czy ja się dobrze czuję, bo miejsce wprawdzie piękne, ale zobacz kobieto, jakie tu jest ukształtowanie terenu, ta woda czy co tam jest w tym zarośniętym bajorze, te chwasty, no i w ogóle nie wiem, na co się porywam, no i kto to sfinansuje.
Ale ja się tak szybko nie poddaję.
No i kogo on się pyta. Przecież ja bankowiec jestem z wykształcenia i bez planu bym mu takich rzeczy nie mówiła:-)
"Na działeczkę to ja mam, no, ale wiesz kochanie......... ale na ten domek, co tu ewentualnie wybudujemy, to mamy i nie mamy". No to mąż człowiek niespotykanie spokojny, aczkolwiek konkretny i rzeczowy,  odpowiedział : " No to koniec tematu kobieto".
Ale żem upierdliwa z natury (jak mawia mój obecny szef), to dalej nie odpuściłam. I przedstawiłam mu swój plan finansowania tej budowy.
Był rok 2004. Mieliśmy stosunkowo nowe mieszkanie, w którym mieszkaliśmy niespełna 5 lat.  I to był ten plan awaryjny. Przekonałam więc pana opornego, że jeśli sprzedamy nasze mieszkanko i troszkę dołożymy, a resztę sfinansujemy z kredytu hipotecznego, który ja oczywiście załatwię, to damy radę.
Tylko mieszkanko trzeba było sprzedać zaraz na początku, żeby w oczach banku zyskać wiarygodność, jako klient i w październiku 2005 r. przenieśliśmy się całą rodziną plus nasz pies labrador do wynajętego  mieszkania. Mieliśmy tam mieszkać krótko, najwyżej rok (budowę rozpoczęliśmy tego samego roku), ale życie pisze swoje scenariusze. Do nowego, niewykończonego domu wprowadziliśmy się dopiero w sierpniu 2007 r.

No nie mogło być inaczej. Zakochałam się w tym miejscu. To nic, że pod budowę domu tylko 200 m 2, a reszta to trudny, nierówny teren z gąszczem chwastów, ale za to z naturalnym stawem, w którym wprawdzie wody było jak na lekarstwo, za to sitowie, tatarak i pole pokrzyw.





To nic, że przede mną istniejące osiedle domków z lat chyba 50-tych, a za mną w perspektywie budowa kolejnych nowych domów jednorodzinnych, które zamkną tę cudowną przestrzeń, ale te 1250 m 2 z zapożyczonym krajobrazem musiało być moje .





Pomiędzy dwoma działkami znajdowała się dość wąska grobla.


 Powyżej widać dokładniej, jak duże były różnice poziomych na działce. Nawet do 4 m.



W dolnej części działka była cała pofałdowana i bardzo podmokła.



Tuż przy starym modrzewiu znajdował się mały skrawek solidnego gruntu, na którym można było stanąć bez obawy o utratę buta.


Oczami wyobraźni widziałam już ten ogród. Zawsze marzyłam o własnej wodzie, choćby w postaci małej kałuży zwanej oczkiem wodnym, a tu mi się trafiło własne bajoro:-) Cud, po prostu cud:-)

I bardziej kierowałam się tym, jaki wspaniały ogród może tu powstać, jakie magiczne to miejsce, a dom to jakaś tam drugorzędna sprawa. Dlatego na projektowanie domu nie poświęciłam zbyt wiele uwagi i teraz trochę żałuję pewnych decyzji i wyborów. Ale cóż, za to mam swoje cudowne miejsce na ziemi, które kocham.

Jak widać, chwasty po pas i morze pokrzyw, a za nimi bajoro zarośnięte po brzegi,  pełne śmieci.








To było największe wyzwanie w moim dotychczasowym życiu, z którym musiałam się zmierzyć.
Ale dziś z perspektywy czasu, wiem że było warto. I oboje nie żałujemy tej decyzji.

Od tamtej chwili ogarnęło mnie "zielone szaleństwo".

I tu jedyny skrawek ziemi, który mógł być przeznaczony pod budowę domu.
Zanim kupiliśmy tę działkę przezornie wykonaliśmy badania geotechniczne gruntu, aby mieć pewność, że tutaj cokolwiek można będzie postawić.


Budowa domu, to jakby inna historia. Dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie stał się ogród.
Lecz do stworzenia z tej dzikiej przestrzeni prawdziwego zielonego salonu prowadziła bardzo długa, bo kilkuletnia droga, okupiona ciężką pracą i całą masą wyrzeczeń, o  czym możecie przeczytać w kolejnym poście:
 
 http://zielonomitu.blogspot.com/2013/01/metamorfoza-ogrodu.html








2 komentarze:

  1. Witam,
    masz przepiękny ogród. Ja też ostatnio w końcu poddałem się żonie i zakupiliśmy niewielką działeczkę. Teraz to mój ulubiony na spędzanie czasu wolnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam, dziękuję za miłe odwiedziny początkującego ogrodnika:-) Wierzę, że na pewno ogród da Ci wiele radości i satysfakcji. Zaglądaj częściej, będzie dużo różnych nowych inspiracji z mojego ogrodu:-) Zapraszam:-) I pozdrawiam serdecznie:-)

      Usuń